|
ŚMIESZNE TEKSTY I OPOWIADANIA
"Moja codzienna droga do szkoły"
Powolutku i z oporami budziłem się.
Przez mgłę snu przedzierał się wredny sygnał
elektronicznego budzika. Złapałem wreszcie źródło hałasu i
z uczuciem pieprznąłem nim o ścianę. Ta forma rozładowywania
stresów odpowiadała mi najbardziej. Budzik był z typu tych
niezniszczalnych, więc nic mu się nie stało, a ja - już
rozluźniony i w miarę obudzony - wstałem i z zamkniętymi
oczyma podążyłem w stronę łazienki.
Jak zwykle nie wymierzyłem za dobrze i tym razem trafiłem czołem
w kontakt. Zetknięcie to nie było zbyt przyjemne, przez następne
kilka minut siedziałem bezmyślnie pod ścianą i budziłem się
jeszcze raz. Gdy w końcu z głębi swego jestestwa powróciłem
do świata żywych, stwierdziłem, że nie zostało mi zbyt
wiele czasu do wyjścia. Szybko narzuciłem na siebie ubranie,
wpadłem do kuchni i zrobiłem podwójną porcję kanapek, zapiąłem
kamizelkę kuloodporną, przypiąłem pas z amunicją i
GLUCK-iem 15, szybko przeładowałem obrzyna i już na schodach
założyłem kask.
Wychodząc z domu, odruchowo wykonałem pad z przewrotem za
samochód sąsiada - tak na wszelki wypadek. Rano strzelanina na
moim osiedlu najczęściej nie przekraczała rozsądnej granicy,
ale nigdy nic nie wiadomo. Zawsze mogłem dostać się w sam środek
porachunków dwóch band młodzieżowych, lub też trafić na
kilku skinów w wyjątkowo towarzyskim nastroju.
Wyjrzałem zza opancerzonej Syreny 105 Bosto, mój wykrywacz
biomasy wykazał tylko kilka odległych postaci zajętych
wzajemną wymianą ołowianych argumentów. Drogę na miałem
wolną. Wychodząc na prostą przed przystankiem, połączyłem
się za pomocą radiotelefonu z chłopakami siedzącymi w szańcu
przystankowym. Jak zwykle był już Filip i Kijan. Do
przyjacielskich przysług należało osłanianie kolegów zdążających
odkrytym terenem do przystanku. Potwierdzili, że mnie usłyszeli
i lekko skulony, wyćwiczonym zygzakiem podbiegłem do bunkra.
W drodze jakiś strzelec z najwyższego piętra wieżowca próbował
mnie trafić, ale chłopaki położyli na nim ogień zaporowy i
spokojnie dotarłem do przystanku. Następnie sytuacja się powtórzyła
i osłanialiśmy Łysia, ale samotny strzelec z wieżowca już
się nie odezwał. Kijan miał M16, a Filip kałacha, więc
bardzo możliwe, że uciszyli gościa na stałe. Ich broń była
dobra, ale bardzo nieekonomiczna. Magazynki do karabinów
maszynowych były drogie i szybko się kończyły. Ja używałem
pięciostrzałowego obrzyna i najczęściej ładowałem go
grubym śrutem myśliwskim. Taki śrut z odległości sześciu
metrów wywalał w grubej gipsowej ścianie dziurę o średnicy
jednego metra. Mogłem go ładować również normalnymi
nabojami, ale nadal nie była to zbyt celna broń. Gdy
potrzebowałem celności to miałem mojego GLUCK-a 15, wspaniały
piętnastostrzałowy, bezodrzutowy pistolet, z długą -
zapewniającą celność i dalekonośność - lufą. Dodatkowo
miałem zamontowany na nim celownik optyczny, do którego dostałem
filtr na podczerwień, który przydawał się gdy zimą wracaliśmy
wieczorem ze szkoły.
Całe to oprzyrządowanie powodowało, że mając chwilę
spokoju i punkt podparcia, trafiałem z odległości połowy
kilometra w sam środek głowy delikwenta. Najczęściej stosowałem
do niego własnoręcznie wykonywane kule Dum-Dum zapewniające
mi dużą skuteczność bojową. Oczywiście miałem na sobie dużo
innego wyposażenia zapewniającego przeżycie w tych ciężkich
czasach. Jak już wspomniałem, kask naszpikowany różnorodną
elektroniką, granaty różnego rodzaju (konwencjonalne, oślepiające,
ogłuszające, dymne, gazowe, a nawet jeden fosforowy), gaśniczkę
osobistą, która przydawała się w czasie bezpośredniego
trafienia mołotowem. Małego subnotebooka, zastępującego
wszystkie książki i zeszyty miałem wmontowanego wewnątrz
kamizelki.
Po drodze przemieszczały się nieliczne o tej porze opancerzone
pojazdy, w końcu zajechał nasz autobus. Ciężki wóz, z bezdętkowymi
oponami i zaspawanymi stalowymi blachami z otworami
strzelniczymi. Szybko, z wprawą wpakowaliśmy się do środka i
przywitaliśmy się z naszymi kolegami, jadącymi do tej samej
szkoły. Każdy zajął swoje miejsce przy otworach
strzelniczych i rozpoczęła się nasza jazda do Zduńskiej
Woli, gdzie mieścił się nasz bunkier szkolny, pod nazwą Zespół
Szkół Elektronicznych. Po następnych dwóch przystankach i
uzupełnieniu składu osobowego, wyjechaliśmy z miasta. Według
niepisanego prawa, na drogach nie używano granatów i rakiet
przeciwpancernych, ponieważ niszczyły cenną nawierzchnię, co
dotykało zarówno miejscowych jak i przejeżdżających.
Najczęściej nasz autobus nie był atakowany, ponieważ
odgryzaliśmy się wszystkim z całą radością i pełną siłą
ognia. Jak zwykle mój podziw wzbudziła postawa kierowcy, który
nawet podczas najcięższego ostrzału nie przerywał jedzenia
kanapek i pociągania z piwa z puszki. Jak mi się udało zauważyć,
zawsze miał przy sobie minimum dzieśięć sztuk - no cóż, każdy
radził sobie ze stresem jak potrafił. Tym razem przejechaliśmy
w miarę bezpiecznie i dopiero na przedmieściach Zduńskiej
Woli przywitał nas ogień zaporowy z rosyjskiego CKM-u. Jednak
strzelec nie zdążył dokonać większych szkód - poza
rozszarpaniem jednej z szesnastu opon - ponieważ kierowca nie
przerywając żucia, przejechał po jego stanowisku miotaczem
ognia, zamontowanym na stałe w tych typach pojazdów szkolnych.
Wjechaliśmy do tego gościnnego miasta i w szybkim tempie zaczęliśmy
tracić amunicję. Na przystanku wysiedliśmy tak jak na kilku
poprzednich robili to nasi znajomi z plastyka i ogólniaka.
Najpierw poszło kilka granatów różnego rodzaju, następnie
położyliśmy na terenie zasnutym teraz dymem z naszych granatów
ogień zaporowy, a kilku dyżurnych tego dnia wyskoczyło z
autobusu, i osłaniało wyjście pozostałych. Ze szkoły
wspomagał nas ogień ciężkich karabinów maszynowych i
wyrzutni rakiet.
Wypadłem z autobusu i błyskawicznie przeczołgałem się za osłonę
klombu kwiatowego. A następnie zdawkowo zacząłem się odgryzać
autochtonom, a śrut z obrzyna dokonywał niezłego spustoszenia
na terenie okopów miejscowej młodzieży szkolnej. Po kolei
docieraliśmy do przejścia podziemnego i przechodziliśmy pod
jezdnią na drugą stronę do szkoły.
Przy wejściu stał stary wykrywacz metali, dawniej każdy musiał
oddać całą broń przed wejściem, ale gdy kilka razy
miejscowym udało się przedrzeć do środka szkoły, po
rozpatrzeniu strat osobowych, dyrekcja zgodziła się zezwolić
na broń. Doszedłem do klasy i wyjąłem subnotebooka, byłem
gotowy na kolejny dzień nauki.
autor:
raven
<<<
powrót
|
|